To jest Albert Albertson – najlepszy kumpel mojego syna.

Dzisiaj chciałam Wam przedstawić Alberta, bohatera książek szwedzkiej autorki Gunilli Bergström. Ten chłopiec to ostatnio jeden z najlepszych kumpli mojego syna, dlatego w końcu postanowiłam coś więcej napisać o tej dość zabawnej serii wydanej w Polsce przez wydawnictwo Zakamarki. W szwedzkim oryginale chłopiec nazywa się Alfons Åberg, w Niemczech znany jest jako Willi Wiberg, natomiast w polskim przekładzie Katarzyny Skalskiej mamy do czynienia z Albertem Albertsonem.

Podobno dzieci można byłoby podzielić na dwie grupy – tych co go uwielbiają i tych,którzy go po prostu jeszcze nie znają.U nas to powiedzenie doskonale się sprawdziło. Jeszcze przed miesiącem nie znaliśmy Alberta, a dzisiaj to jedne z ulubionych książek mojego syna. Jestem pewna, że każdy kto bliżej pozna tego bohatera opowieści dla dzieci stwierdzi podobnie.

Albert Albertson to kilkuletni chłopiec i można powiedzieć, że niejako rośnie razem ze swoimi młodocianymi czytelnikami. My poznaliśmy się z nim tuż po trzecich urodzinach mojego syna i to był prawdziwy zachwyt od pierwszego czytania. Zarówno mój – mamy, jak i mojego dziecka. Antek bardzo polubił krótkie opowiadania o przygodach Alberta, a ja mogę powiedzieć, że są to w końcu książki, które mogę czytać. Tak!Nareszcie mogę czytać w całości tekst, a nie opowiadać.Do tej pory nie mieliśmy dużo takich książek, w których czytany tekst byłby bardzo istotny dla mojego 3-latka. Raczej był on tylko pewnym wsparciem dla mnie jako narratora. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu książki o Albercie możemy czytać i czytać, a mojemu dziecku wcale się one nie nudzą. Jestem pewna, że kluczem do tego sukcesu jest nie tylko to, że są one w dość zabawny sposób napisane, ale przede wszystkim możemy w nich znaleźć wiele analogii do naszych codziennych sytuacji.

Nie zmienia to faktu, że szwedzka autorka napisała pierwszą z nich w latach 70. XX, a przygody małego Alberta wydają się być wciąż aktualne. Książek o Albercie w oryginale powstało już ponad 30. W Polsce do tej pory zostało wydanych 16 tytułów z czego my mamy 5 i wszystkie cieszą się dużym zainteresowaniem. Mój syn recytuje pojedyncze zdania Alberta i powtarza je gdy odnajduje podobieństwo w codziennych sytuacjach. Jestem pewna, że każde dziecko w wieku przedszkolnym może odnaleźć w tym chłopcu coś z siebie i na tym polega cały fenomen tych książek. Mało tego, nie tylko dzieci, ale i ich rodzice rozpoznają siebie w stworzonych przez autorkę bohaterach. Na uwagę zasługuje też fakt w jaki sposób autorka zilustrowała swoje książki. Historie z życia wzięte uzupełniają bardzo proste i wyraźne obrazy. Postacie mają doskonale wypisane emocje na twarzach, gdzie dla wielu opisanych sytuacji mimika twarzy jest kluczowa.

My poznaliśmy się z Albertem, gdy miał 4 lata. Zaczęliśmy naszą znajomość od „Pospiesz się, Albercie”. Opowiada o tym, jak Albert ma problemy z porannym szykowaniem się do przedszkola. Z tatą wstają dużo wcześniej i wydaje się, że mają dużo czasu. Albert ma się tylko ubrać i przyjść do stołu zjeść śniadanie, które przygotował tata. Chłopiec już idzie, “tylko jeszcze…”, “tylko jeszcze to” i może “tylko jeszcze tamto” przecież ma jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Ech…jak dobrze to znam. Słyszę codziennie rano, gdy czas do wyjścia z domu nagli,śniadanie nie ruszone, on biega po domu w połowie ubrany, a ja słyszę jeszcze: „zaraz, tylko chwilkę się pobawię”. To uwierzcie czy nie, ale te słowa wypowiedziane przez mojego trzylatka ze stoickim spokojem podnoszą mi ciśnienie lepiej niż poranna kawa.

Albert to całkiem zwyczajny chłopiec, ale w jego głowie rodzą się całkiem niezwyczajne pomysły. Zachowuje się jak typowe dziecko, czerpie wielką radość z żartów, rano ma na wszystko czas, a jego wyobraźnia nie zna granic.Jak nie chce iść spać to przeciąga czas w nieskończoność, wymyślając same ciekawe zajęcia dla swojego taty. Ech…również doskonale to znamy.

„Dobranoc, Albercie Albertsonie” to kolejna opowieść z naszych ulubionych. Opowiada o codziennych wieczornych rytuałach, czyli o tym jak mały chłopiec nie może zasnąć i nawołuje tatę, czyli wymyśla dla niego kolejne zadania. Tata jest po całym dniu już zmęczony i pewnie jedyne o czym marzy to to, aby jego syn wreszcie zasnął. Ale tak się nie dzieje, Albert prosi go aby przyniósł mu jeszcze coś do picia, aby pomógł zrobić siku, poszukał misia czy zajrzał do szafy bo tam na pewno ktoś się schował i straszy.

Znowu tutaj pojawia się bardzo dobrze znany nam schemat. Oj, jak często mamy do czynienia z takim wymyślaniem przed snem i mimo późnej pory zabawa trwa w najlepsze. Ostrzegam, niech nie zmyli Was ten tytuł. To nie jest to opowieść na dobranoc. Moja rada: nie czytajcie jej tuż przed snem Waszym dzieciom, bo ubaw po pachy gwarantowany, więc zamiast usypiać dzieci będą chciały tylko więcej.

Kolejna książka opowiada o tym, że my, dorośli też nie zawsze mamy czas i ochotę bawić się z naszym dzieckiem w ten sposób jak one od nas tego oczekują. Nawet jak mamy czas, to zamiast bawić się z dzieckiem chcielibyśmy porobić coś „dorosłego” np. „poczytać gazetę”. No dobra dzisiaj to raczej “poscrollować” w Internecie,akurat w tym czasie kiedy nasze dziecko chce się z nami bawić. W książce „Nieźle sobie to wymyśliłeś, Albercie” zostało to całkiem dobrze pokazane. Kiedy tata Alberta chce mieć chwilę spokoju, czyli „czas dla siebie” wyłącza się i nie za bardzo przejmuje się w co i czym bawi się jego syn. Albert zbliża się do skrzynki z narzędziami i zaczyna budować własną konstrukcję z desek i gwoździ.

Tworzy helikopter, lata nad dżunglą i za wszelką cenę chciałby, aby tata się z nim pobawił. W końcu w całkiem sprytny sposób udaje się mu zdobyć uwagę taty i ten odrywa nos z zza gazety. Historia pokazuje to jak dzieci potrafią być pomysłowe i jak czegoś bardzo pragną to w końcu osiągają swój zamierzony cel.

W tych kilku opowiadaniach, które czytamy mamy do czynienia z Albertem i jego tatą. Niestety nic nie wiemy o mamie Alberta. Możliwe, że jest to samotnie wychowujący syna tata. Czasem pojawia się szczebiocąca ciocia Fela, tak jak w książce “Urodziny Alberta”. Pomaga ona zorganizować prawdziwe przyjęcie urodzinowe dla Alberta, ale jak to kobieta, ma tysiąc pomysłów w głowie i zawsze wszystko wie najlepiej. Przygotowała wspaniałe przyjęcie dla dzieci, ale jak się okazuje nie dla wszystkich było udane. To co wymyśliła skończyło się jedną wielką awanturą wśród zaproszonych gości. Czasem warto jednak podążać za dziecięcymi pomysłami i czasem warto posłuchać jest dzieci, bo jak się okazuje dzieci znają lepiej dzieci.

Co mnie w książkach Gunilli Bergström podoba się najbardziej?

Te opowiadania zawsze mają jakiś większy przekaz. Jedne w sposób bardzo zabawny poruszają istotne tematy, a inne np. tak jakw tej ostatnio wydanej książce został przedstawiony dość poważny problem jakim jest oskarżenie kogoś o kradzież. Na pewno dają do myślenia, może nie w każdej opowieści morał jest oczywisty, ale czytając Alberta wspólnie z dzieckiem możemy szukać porównań i rozwiązań do naszych codziennych problemów. Za każdym razem wynosimy pewną naukę. Na moją pozytywną ocenę z punktu mamy wychowującej dziecko otwarte na świat wpłynęło również to, że w tych książkach został pokazany zróżnicowany obraz płci, ale dziewczęta i chłopcy są wolni od stereotypów i ról. Nie ma tu gender, a książki powstały prawie 50 lat temu. Bardzo podoba mi się to, że chłopcy też bawią się lalkami, również Albert ma swoją ulubioną Lisę, której nie zapomina ubrać przed wyjściem do przedszkola („Pospiesz się, Albercie”). Dziewczynki bawią się na równi z chłopakami. Najlepsza koleżanka Alberta – Mika wspina się po drzewach, a w ostatnio wydanej książce „Albercie, ty złodzieju” to właśnie ona jest szefową całej bandy i to ona wymyśliła zabawę w domku na drzewie i nikomu to nie przeszkadza, że Mika jest jedną dziewczyną wśród samych chłopaków. Ta sama Mika oskarżyła Alberta też o coś, czego w zasadzie nie zrobił. Mika nazwała go złodziejem i Albert przejął się tymi pochopnymi oskarżeniami dziewczyny, ale to ona w końcu pomaga mu odnaleźć przedmiot, o którego kradzież jeszcze nie dawno go podejrzewała. Dziewczyny może czasami rzucają słowa na wiatr, ale jak widać potrafią być dobrymi kumplami.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić w tej całej serii to postać taty Alberta, ponieważ to palący fajkę mężczyzna, ale najwidoczniej kilkadziesiąt lat temu po prostu była taka moda. Dzisiaj rzadko kto pali fajkę, a sama świadomość palaczy jest dużo większa. Wiedzą jaki wpływ ma bierne palenia na zdrowie nie tylko dzieci, dlatego mało kto dzisiaj pali przy dzieciach.

Dlatego taki obraz taty kopcącego fajkę na co drugiej ilustracji wzbudza trochę moje kontrowersję, bo to nie jest najlepszy wzór do naśladowania dla dzieci. Jedynie zastanawiam się czy autorka celowo nie stworzyła takiego niedoskonałego bohatera, po to aby pokazać, że my dorośli też nie jesteśmy idealni. W sumie dlaczego dorośli w książkach dla dzieci mieliby być doskonali, skoro w prawdziwym życiu nie są i często mają różne swoje przywary.

Dlatego nie będę bardzo czepiać się tego taty Alberta, niech sobie pali tą fajkę, która notabene dodaję mu trochę powagi…

i tak nieźle sobie radzi i “szacun” dla niego, bo w końcu to tata samotnie wychowujący małego chłopca i to jak się okazuje niezłego “gagatka”.

Polecam książki o Albercie dla dzieci powyżej 3 roku życia!

Dodaj komentarz