Jesień w górach z dzieckiem. Jakie szlaki wybrać na początek?

Wykorzystując to, że byliśmy ponad tydzień w Polsce zaplanowaliśmy jeszcze kilkudniowy wypad w polskie góry. Wynajęliśmy domek w małej podhalańskiej miejscowości Szlembark – wsi pomiędzy Nowym Targiem, a Zakopanem. Nic tam nie ma. Cisza i  spokój. Na łące przed domem pasą się krowy sąsiada, a do najbliższego sklepu jakieś 10 km. Jak się okazało Szlembark był doskonałą bazą wypadową w pobliskie Pieniny i Tatry, a w Gorce też mieliśmy blisko. 

Domek znalazłam na portalu www.slowhop.pl i polecam tą stronę, jeśli szukacie klimatycznych, nietypowych miejscówek na nocleg w Polsce i nie tylko. Na ich stronie można znaleźć naprawdę fajne oferty domów, pensjonatów, gospodarstw agroturystycznych w stylu “slow”. Z dala od miejskiego zgiełku i turystycznie zatłoczonych miejscowości z dużymi hotelami. A jeśli szukacie prorodzinnego domku w górach to polecam ten – Górski Azyl w Szlembarku. Jest tam wszystko czego potrzebowaliśmy na te kilka dni. Były nawet gry, książki i zabawki dla dzieci.

Jadąc w góry nie nastawialiśmy się na intensywne chodzenie po górach z trzylatkiem. Wiedziałam, że skończone 3 lata Antka to taki wiek, że sam jeszcze nie będzie długich dystansów pokonywał na własnych nogach, a z drugiej strony noszenie go w nosidle nawet ergonomicznym to dla nas – rodziców nie będzie też dużą przyjemnością. Antek waży prawie 15 kg. Zastanawialiśmy się nad wypożyczeniem czy nawet zakupem takiego plecaka turystycznego ze specjalnym nosidłem – siedziskiem dla dziecka, ale jakoś nie byliśmy przekonani do tego rozwiązania. Widziałam młodsze dzieci w tym plecaku i jakoś naszego syna nie mogłam sobie w tej konstrukcji na naszych plecach wyobrazić. Taki plecak też jest sporych rozmiarów i swoje waży.

W drodze na Wysoką (Pieniny)

Dlatego w góry zabraliśmy ze sobą nosidło. Antek bardzo lubi noszenie w nosidle. Jest już do swojej “tuli” przyzwyczajony, bo często jej używaliśmy jak był młodszy, a teraz w newralgicznych momentach też nam służy. Nosidło, które mamy jest ergonomiczne i lekkie, nie zajmuje wiele miejsca. Dlatego podczas wyjść w góry jeśli nie było nam potrzebne, czyli kiedy Antek szedł na własnych nogach to zwijaliśmy je i chowaliśmy do plecaka albo zapinaliśmy sobie je w pasie. Natomiast jak brakło mu siły to zapinaliśmy nosidło i nieśliśmy go na plecach lub z przodu, chociaż to pierwsze rozwiązanie jest dużo wygodniejsze i mniej obciążające kręgosłup osoby dorosłej. Antkowi podobało się “noszenie”, zazwyczaj po kilku minutach marszu zasypiał. Dlatego mogę napisać, że to rozwiązanie sprawdziło się u nas idealnie w górach. Antkowi było dość wygodnie i ciepło, jak był przytulony do taty lub do mnie podczas wędrówki. Poza tym nie możemy narzekać, bo był skory do współpracy, ku naszemu zdziwieniu bardzo chętnie maszerował. Oczywiście nie przeszedł sam żadnej z tras, ale jak na trzylatka pokonywał naprawdę długie dystanse na własnych nogach. W tych kluczowych podejściach pod górę nosidło bardzo nam pomogło. Dzięki temu z trzylatkiem mogliśmy nie tylko penetrować górskie doliny, tak jak początkowo zakładaliśmy, ale zrobiliśmy kilka dłuższych tras i wyższych podejść. Weszliśmy na trzy szczyty: Trzy Korony (982 m n.p.m.), Wysoką (1050 m n.p.m.) i Gęsią Szyję (1489 m n.p.m). To i tak niezły rezultat jak na pierwszy raz z dzieckiem w górach.

Na Gęsiej Szyi (Tatry)

O tym, które szlaki wybraliśmy i jak to było z pierwszym wydeptywaniem górskich ścieżek u trzylatka napiszę poniżej.

Jaworki – Wąwóz Homole – Wysoka – Jaworki

Cała trasa: 8 km

Czas przejścia z dzieckiem : 5 h (z wieloma przystankami i długimi przerwami)

Różnica przewyższeń: 539 m

Na początek wybraliśmy rezerwat przyrody Wąwóz Homole i wejście na Wysokąnajwyższy szczyt Pienin zaliczany do Korony Gór Polski. Zostawiliśmy samochód na parkingu w Jaworkach i ruszyliśmy zielonym szlakiem w dolinie rzeki.

Pierwszą część, tzn. jakieś 3/4 szlaku w kamienistej dolinie rzeki Antek przeszedł na własnych nogach. Płynący strumyk, mostki, kamyki były ciekawą dla niego atrakcją.

Trasa w wąwozie była przyjemna i łatwa. Jakieś 45 minut marszu z dzieckiem i doszliśmy do Polany Bukowinki przy górnej stacji kolejki linowej “Homole”. Tutaj informacja dla rodziców “zmęczonych nóżek”, iż tą część wędrówki można zamienić na przejazd dwuosobowym krzesełkiem. Zarówno w górę jak i w dół. Sami początkowo mieliśmy taki plan, że jeśli Antek nie będzie miał siły iść dalej to po prostu zjedziemy w dół kolejką.

Polana Bukowinki przy górnej stacji kolejki linowej Homole (Jaworki)

Na dużej polanie przy knajpie znajdował się mały plac zabaw, huśtawki, stoliki i ławy oraz sielsko pasące się krowy. Po dłuższej przerwie, postanowiliśmy wejść na szczyt. Pogoda zachęcała, więc ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem w górę. Antek, który wcześniej wybiegał się na polanie podczas samego podejścia na szczyt zdrzemnął się w nosidle. Podejście od polany przez bazę namiotową pod Wysoką i Rezerwat Wysokie Skałki było dość wymagające, tzn. około godzina wspinaczki w górę z dzieckiem na plecach. Dotarliśmy na szczyt, widoki piękne na pobliskie Tatry, widać nawet było Babią Górę.

Na szczycie Wysokiej (1050 m n.p.m.) Korona Gór Polski

Chwila wytchnienia na szczycie i wracamy tą samą drogą do Polany Bukowinki przy Szałasie.

Na polanie przy placu zabaw znów zrobiliśmy sobie długą przerwę. Było tak słonecznie i ładnie, że wcale nie chciało nam się wracać. Po godzinie 16 w końcu postanowiliśmy zejść pieszo na dół. Powoli, spacerem z Antkiem na własnych nogach w ciągu 25 minut byliśmy przy dolnej stacji wyciągu.

Rusinowa Polana i schody na Gęsią Szyję – Tatrzański Park Narodowy

Cała trasa: 9 km

Czas przejścia z dzieckiem: 4,5 h

Różnica przewyższeń: 394 m

Drugiego dnia wyruszyliśmy z parkingu w Wierchu Poraniec zielonym szlakiem do Rusinowej Polany. Około godzina spacerem przez las z dzieckiem.

Bardzo szeroka ścieżka. Nieco kamienista, ale tylko na pierwszym odcinku. Niemal cały czas płasko i równo (dla młodszych dzieci śmiało można wziąć wózek na grubych kołach), bo jest dość monotonnie. Antek całą trasę ok. 3 km, przeszedł na własnych nogach ze zbieraniem kamieni, patyków i skokami przez przeszkody, które sam sobie wymyślał.

Na Rusinowej Polanie zrobiliśmy dłuższą przerwę, świeciło słońce więc wygrzewaliśmy się na ławkach i podziwialiśmy cudowne widoki na Tatry. Nie ma w tym miejscu żadnego schroniska, za to jest dużo ławek i stolików więc warto wziąć ze sobą jakieś jedzenie czy suche przekąski dla dziecka i zrobić sobie dłuższą przerwę.

Przerwa na Rusinowej Polanie (1180 m n.p.m)

Byliśmy na podhalańskim, oscypkowym szlaku gdzie odbywa się kulturowy wypas owiec więc przy polanie była Bacówka, w której mogliśmy spróbować ciepłych oscypków i żentycy – orzeźwiającej serwatki z mleka owczego. Tylko ja spróbowałam tego specyfiku (podobno dobry na odchudzanie), chłopaki wykrzywiali buzię od samego zapachu. Żentyca smakuje podobnie do zsiadłego mleka tylko śmierdzi owcą. Mi smakowała.

Gdy już złapaliśmy oddech, postanowiliśmy ruszyć dalej zielonym szlakiem na Gęsią Szyję (1489 m n.p.m). Jeszcze siedząc na polanie widzieliśmy strome schody w górę, które wyglądały jak schody do nieba, lecz takimi nie są. Jeśli nie jesteście na siłach to lepiej spocząć na laurach i zostać na Rusinowej Polanie. Niby Gęsia Szyja nie jest zbyt wysoka, a szlak z Rusinowej Polany nie jest długi, ale dał nam popalić. W drodze na sam szczyt pokonaliśmy ponad 250 metrów przewyższenia, stosunkowo niewiele, tyle że dzieje się to na niewielkim dystansie (około kilometra), więc w rezultacie non stop szliśmy ostro w górę. Na dodatek po dość niewygodnych stopniach.

Schody na Gęsia Szyję

Antek po pokonaniu kilkudziesięciu schodów usiadł na jednym z nich i oznajmił, że dalej “nie da rady”. Zrobiliśmy krótką przerwę i dalej z Antkiem już w nosidle na plecach taty podążamy w górę.

Z “koszmarnymi” schodami rozprawialiśmy się w jakieś 40 minut. Podejście wymagało nie lada wysiłku, nie powiem, że było łatwo. Szło się przez reglowy las więc było dość monotonnie, a widoki na szczycie też nie powalały bo pogoda zmieniła się momentalnie i już w drodze na górę słońce schowało się za gęstymi chmurami.

Jednak satysfakcję mieliśmy ogromną, że daliśmy radę wejść w trójkę tak wysoko. Antek nie zasnął w nosidle, dlatego na Gęsiej Szyi po wspinał się jeszcze na skałki (na szczycie jest wąsko i mało miejsca więc z dziećmi trzeba zachować szczególną ostrożność) zrobiliśmy kilka zdjęć i zeszliśmy w dół, tym samym szlakiem. Antek początkowo na własnych nogach, od połowy zejścia w nosidle. Droga powrotna zdecydowanie łatwiejsza i widokowo ładniejsza.

Wracając zajechaliśmy do Białki Tatrzańskiej pomoczyć się w Termach Bania i zjedliśmy kolację w Karczmie Litworowy Staw. Antek poleca pierogi z ziemniakami i bryndzą i kwaśną śmietaną.

Dolina Kościeliska Kiry k. Zakopanego

Cała trasa: 7 km

Czas przejścia z dzieckiem: 3 h (wraz ze zwiedzaniem jaskini)

Różnica przewyższeń: 364 m

Trzeci dzień spędziliśmy w dolinie Kościeliskiej w Kirach. Ten dzień zaczęliśmy leniwie. Długie śniadanie i poranek w domu.  Czuliśmy w nogach te dwa wcześniejsze podejścia, więc zaplanowaliśmy popołudniowy spacer w najbardziej znanej tatrzańskiej dolinie. Przyznam, że to nie był najlepszy pomysł. Szczerze, to ja tak bardzo nie lubię Zakopanego i tego tłumu turystów. Nie ma chyba odpowiedniej pory roku, aby wybrać się w okolice Zakopanego. Tutaj zawsze jest mnóstwo turystów. Może i Zakopane – stolica polskich gór i oferuje wiele atrakcji, ale według mnie trzeba je omijać szerokim łukiem. Nawet w tygodniu poza sezonem staliśmy w korkach przed wjazdem. A będąc na samym szlaku w dolinie mogliśmy się poczuć się jak w drodze na pielgrzymkę. Byliśmy przecież pod koniec września (poza sezonem wakacyjnym), ale wycieczki szkolne i mnóstwo innych turystów więc było gwarno i tłoczno. Nie chce myśleć co tu się dzieje w sezonie.

Co do szlaku to znajduje się on w malowniczej dolinie Potoku Kościeliskiego. W jego górnej części znajdują się różne skałki o zbójnickich nazwach i legendach i jest dość ciekawie. Sam szlak w dolinie ma 9 km długości jest płaski, szeroki, momentami wyłożony kamieniami, ale z małymi dziećmi można spokojnie przejechać wózkiem na grubych kołach. Droga w dolinie prowadzi do samego schroniska na Hali Ornak, gdzie rozchodzą się kolejne szlaki piesze w góry. Po drodze mijaliśmy wejścia na inne szlaki, które prowadzą między innymi do Doliny Miętusiej, Doliny Tomanowej oraz do Doliny Pyszniańskiej, zwanej też Pyszną. Poza tym rwące górskie potoki, płynące w skałach przysłużyły się tutaj do tego, że na przestrzeni lat powstały większe i mniejsze szczeliny w skałach, które dzisiaj są jaskiniami dostępnymi dla turystów.

Do najsłynniejszych w dolinie Kościelskiej, a zarazem najchętniej odwiedzanych należy Jaskinia Mroźna (1197 m n.p.m). Aby do niej dotrzeć, trzeba iść czarnym szlakiem prowadzącym w górę (pół godziny) od wejścia ze szlaku w dolinie. Jest to jedyna, oświetlona jaskinia w Tatrach i można ją zwiedzać z dzieckiem. Jej długość wynosi około 560 metrów (ok. 20 minut przejścia). Ze względu na niską temperaturę panującą w środku (ok. 6 stopni Celsjusza), zaleca się cieplejsze ubranie nawet latem. Od 30 października do 25 kwietnia jest zamknięta. Poza tym, zwiedzanie jaskini jest płatne – bilet normalny kosztuje 3 zł.

Jak macie taką ochotę odbić w bok z nudnego, płaskiego szlaku w dolinie rzeki i chcecie zobaczyć jaskinię to polecam skręcić w lewo na czarny szlak prowadzący ostro w górę do Jaskini Mroźnej. Idąc z dziećmi weźcie pod uwagę, że w jaskini mimo oświetlenia jest dość ciemno i mokro oraz jest tylko jedno wyjście i jeden kierunek zwiedzania, więc jak już wejdziecie do środka to nie ma odwrotu. Po wyjściu z jaskini powrót na szlak w dolinie zajmie Wam schodami w dół ok. 15 minut.

My zaliczyliśmy jaskinię i wróciliśmy na parking w Kirach po samochód. W drodze powrotnej będąc niedaleko Zakopanego zajechaliśmy na obiad do “Ryśka”. O tej knajpie słyszeliśmy tylko same dobre opinie i polecali nam ją znajomi. Można tam zjeść domowe, polskie i smaczne posiłki przygotowywane “przez babcię” chodzi tutaj chyba o teściową Ryśka, która szefuje na kuchni. Zakopane, ulica Oswalda Balzera 17e – zapiszcie sobie ten adres, jeśli będziecie pod Nosalem to warto tam zajrzeć. Mała, klimatyczna jadłodajnia z drewnianym góralskim wnętrzem i mnóstwem starych sprzętów w środku, które zaciekawiły Antka.

Stolików w środku nie ma za wiele, ale trafiliśmy na ostatni wolny, więc nie czekaliśmy w ogóle, ale podobno w sezonie przed drzwiami ustawiają się bardzo długie kolejki. Karta dań nie jest długa, ale nazwy potraw są tak dziwne, że ciężko połapać się co jest czym. Na szczęście podszedł do nas sam “Rysiek”, który wszystko objaśnił i pomógł nam w wyborze. Postawiliśmy na wywar z żeber wędzonych z nimi oraz grulami i kwaśną nogami deptaną kapustą podany zwany kwaśnicą i dla Antka wywar z kury z korzeniami i makaronem czyli domowy rosół oraz pierogi lepione oczywiście przez babcię i placki ziemniaczane z duszonymi po zbójnicku kawałkami wieprzowego tyłka z zestawem zielsk.

Menu w jadłodajni “U Ryśka” (Zakopane)

Wszystko było pyszne.

Sromowce Niżne – Przełom Dunajca – Trzy Korony

Cała trasa: 7,1 km

Czas przejścia z dzieckiem: 3,5 h

Różnica przewyższeń: 582 m

To był ostatni nasz dzień w górach i to był najładniejszy widokowo dzień. Po pierwsze prognozy pogody nie zawiodły. Od rana miało być słonecznie i tak było, tylko w górach o tej porze roku zawsze o poranku jest dość duża mgła w dolinach. Dlatego postanowiliśmy z samego rana pojechać do Sromowców Niżnych, gdzie mieliśmy kilka rozwiązań do wyboru. Po pierwsze: iść w góry, po drugie zaliczyć spływ łodzią flisacką do Szczawnicy (możliwy powrót busem albo rowerem), albo wypożyczyć na miejscu rowery i pojeździć po okolicy. Tak też zrobiliśmy. W Sromowcach Niżnych zostawiliśmy samochód na parkingu przy szkole i wzięliśmy rowery. Jeden z przyczepką dla Antka i jeden normalny.

Czerwony szlak rowerowy w Przełomie Dunajca (Słowacja)

Po godzinie 9 wyruszyliśmy czerwonym szlakiem po słowackiej stronie rzeki w kierunku Szczawnicy. Za kładką przy szkole skręciliśmy w lewo, był to zarówno pieszy jak i rowerowy szlak. Po kilku minutach minęliśmy mury Czerwonego Klasztoru (muzeum) i przyjemną trasą nad samą rzeką – Przełomem Dunajca pokonujemy kolejne kilometry na dwóch kółkach. Po godzinie 10 mgła schodzi coraz niżej, więc ukazują nam się coraz ładniejsze widoki. Nie bez powodu ten odcinek czerwonego szlaku w przełomie Dunajca ma jest uważany za jedną z najbardziej malowniczych tras rowerowych całej Małopolski.

Trasa w dolinie rzeki liczy 9 km, aby zamknąć pętle rowerem można jechać dalej tzn. ze Szczawnicy do Krościenka nad Dunajcem przez Grywałd, Hałuszową, Sromowce Wyżne i wrócić ponownie do Sromowców Niżnych. My odpuściliśmy. Taka pętla ma 34 km i na pewnym odcinku jedzie się ruchliwą drogą wojewódzką, więc z dzieckiem w przyczepce nie odważyliśmy się na takie manewry. Tym bardziej, że nad Dunajcem było tak pięknie, więc wróciliśmy tą samą drogą, oddaliśmy rowery i po południu weszliśmy jeszcze na Trzy Korony, a dokładnie na jedną z ich grani zwaną Okręglicą (982 m n.p.m.). Wybraliśmy żółty szlak od schroniska PTTK Trzy Korony do Przełęczy Szopka, a następnie niebieskim szlakiem w sam szczyt.

Za wejście po stalowej konstrukcji na wierzchołek jednego ze szczytów Trzech Koron pobierana jest opłata w wysokości 6 zł (w sezonie od kwietnia do października). Warto wejść, widoki na przełom Dunajca z góry i Pieniński Park Narodowy cudowne.

Wróciliśmy zielonym szlakiem do schroniska PTTK Trzy Korony. Tam zjedliśmy duży obiad, a schodząc ze szlaku zrobiliśmy jeszcze zakupy w maleńkiej Bacówce…

…i z takim oto widokiem kończymy nasz jesienny wypad w górach.

Pieniny nas zachwyciły, bardziej niż Tatry. Może za rok wrócimy po więcej?! Złapaliśmy bakcyla!Polskie góry potrafią być piękne, a jesienią jeszcze bardziej kiedy połoniny zamieniają się w kolorowe obrazy jak z bajki. My trafiliśmy naprawdę na dobrą pogodę w górach. Wrzesień to chyba też dobry czas na takie wędrówki z dzieckiem, nie jest upalnie, więc podejścia tak bardzo nie męczą i jest o wiele mniej ludzi na szlakach niż w sezonie. To chyba największa zaleta. Przekonaliśmy się, że z trzylatkiem również można chodzić po górach, a nawet zdobyć kilka szczytów. Tylko należy wybrać odpowiednie szlaki, nie zbyt długie i na początek nie zbyt trudne. A najlepiej takie, żeby dużo się na nich działo, wtedy dziecko nie będzie znudzone monotonnym chodzeniem. A o tym, żeby dobrze przygotować się do wyjścia w góry, patrzeć na zmieniające się prognozy pogody, dobrać odpowiednie ubranie i buty warunków atmosferycznych, wziąć ze sobą coś do jedzenia i do picia to już nie muszę chyba wspominać, bo każdy idąc w góry dobrze to wie. Warto mieć ze sobą mapy, ja lubię mieć papierową wersję, mój mąż w dobie dzisiejszej elektroniki powiedziałby, że można dzisiaj mieć wszystko w telefonie 😉  Nam się przydała do planowania szlaków turystycznych w polskich górach strona i aplikacja do pobrania na telefon mapa-turystyczna. Dzięki tym mapom planowaliśmy trasy, sprawdzaliśmy długość podejścia, szacowany czas przejścia czy sumę podejść w górę i zejść w dół, mogliśmy nawet podejrzeć profil wysokości szlaku, tak aby zdecydować czy mamy siłę się z nim zmierzyć.

Dodaj komentarz