Szkocja – Harry Potter i potwór z jeziora Loch Ness.

Po kilku dniach spędzonych w Glasgow i jednodniowej wycieczce do stolicy Szkocji, zdecydowaliśmy wsiąść w samochód i pojechać na północ, czyli w stronę szkockich Highlands. To typowo wyżynno-górska i najbardziej wysunięta na północ część Szkocji. Zajmuje około jednej trzeciej powierzchni całego kraju i należy do najrzadziej zaludnionych w Europie.

Wczesnym rankiem ruszyliśmy z Glasgow w kierunku Fort William.

Pogoda miała dopisywać, co w Szkocji oznaczało, że możliwe były przelotne opady, ale nie miało padać przez cały dzień. Jeśli wybieracie się do Szkocji, pamiętajcie przede wszystkim o odpowiednim ubraniu, kurtkach przeciwdeszczowych, cienkich czapkach i szalikach i dobrych butach, nie zależnie od pory roku, zawsze mogą się przydać. Bo tu przecież często pada i mocno wieje.

Plan na pierwszy dzień ustaliliśmy dość ambitny – stacja kolejowa w Fort William, wiadukt Glenfinnan, zamek Urughart nad jeziorem Loch Ness, a następnie Inverness – stolica Highlands. A stamtąd w miarę możliwości czasowych, pogody, a przede wszystkim nastroju naszego najmłodszego turysty, chcieliśmy dojechać na nocleg jak najbliżej wyspy Skye. Po drodze pomiędzy wyznaczonymi miejscowościami nie planowaliśmy nigdzie specjalnie zatrzymywać się. Jednak trzeba wziąć pod uwagę częste, krótkie przystanki – bo pięknych widoków w Szkocji nie brakuje. A szczególnie kiedy jedzie się drogą A82,  jedną z najbardziej malowniczych dróg Highlands.

Cała trasa jest naprawdę niesamowita, widoki po prostu zapierają dech w piersi.

Ja co chwile chciałam się zatrzymywać, po to aby zrobić kilka zdjęć z widokiem na zielone wzgórza, rozległe doliny, jeziora i wysokie wodospady. Wiedziałam też, że czas nas gonił, dlatego nie mogliśmy przesadzać z tymi nieplanowanymi pitstopami. Według naszego planu do godziny 10 rano musieliśmy dotrzeć do Fort William. Po drodze zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę tylko w dwóch miejscach. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w przy punkcie widokowym i wejściu na szlak w Dolinie Glancoe.

To miejsce zwane jest też doliną łez i jest nierozerwalnie związane z historią kraju. W  XVII wieku miały tu miejsce walki między klanami MacDonaldów (wspierającymi prawowitego króla Szkocji Jakuba II) i Campbell (żołnierzy popierających króla Anglii Wilhelma III). Doszło tutaj do rzezi ludności – w ciągu jednego dnia zabito tu ok. 70 osób z klanu MacDonaldów. Tragiczne wydarzenia nadały chyba jeszcze bardziej uroku temu miejscu. Ta 16-kilometrowa rozpadlina pomiędzy górami i jeziorami usiana jest wrzosowiskami i należy do najbardziej malowniczych miejsc w Szkocji. A dla fanów Bonda informacja, że kręcono tutaj kilka scen z filmu Skyfall.

Jadąc dalej drogą A82 zatrzymaliśmy się również na chwilę na parkingu u podnóży trzech szczytów – tzw. pereł w koronie Glencoe – o nazwie Trzy Siostry . Niestety też tylko na chwilę. Nacieszyliśmy oczy pięknym widokiem, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej.

FORT WILLIAM

Według planu z Glasgow mieliśmy jak najszybciej dojechać do stacji kolejowej w Fort William i tam wpaść na peron 9 i 3/4 (nie szukajcie takiego, taki istnieje tylko w książce), aby zdążyć przed odjazdem słynnego Ekspresu, którym Harrym Potter wraz z resztą uczniów podróżował do Hogwartu. Ten sam pociąg został wykorzystany w filmach ekranizacjach książek J.K. Rowling o młodym czarodzieju. Gdy wpadliśmy na dworzec, ogromna, czarno-czerwona lokomotywa parowa gotowa była już do odjazdu, a w wagonach pociągu było już pełno ludzi. Dzisiaj “mugole” mogą tą zabytkową kolejką The Jacobite Steam Train w sezonie od maja do września codziennie, a nawet dwa razy dziennie (odjazdy o godz. 10.15 i 14.30) wyruszyć w podróż z Fort William do Mallaig.

Trasa, którą przemierza została uznana za najbardziej malowniczą trasę kolejową Wielkiej Brytanii. Ma długość 84 mil, a zabytkowa kolejka pokonuje ją w ciągu 2 godz. 15 minut.  Bilety można kupić online (na tej stronie możecie bookować). Warto zarezerwować wcześniej miejsce w pierwszej klasie, wtedy można podróżować w specjalnych przedziałach ze stolikami i wygodnymi fotelami oraz poczęstunkiem na pokładzie.

Chociaż taka podróż do najtańszych nie należy, za bilety w 1. klasie trzeba zapłacić prawie 60 funtów dla dorosłych, a dla dzieci 33 funty.  My odpuściliśmy, przede wszystkim ze względu na czas – na zwiedzanie północy Szkocji nie mieliśmy go dużo. Może jak Antek podrośnie i zostanie fanem Harrego Pottera to tu wrócimy. Jeśli oczywiście pociąg będzie jeszcze kursował, bo czytałam, że ta niezwykła trasa kolejowa ma zostać zburzona.

Na dworcu zrobiliśmy tylko kilka zdjęć, pokazaliśmy Antkowi starą ciuchcię, “pach-pach” z parą “buch, buch”i pojechaliśmy w stronę wiaduktu w dolinie Glanfinnan. Według naszych wcześniejszych obliczeń pociąg, który ruszał ze stacji Fort William o godz.10:15  miał przejeżdżać przez ten słynny szkocki wiadukt kolejowy około godz. 11. Nawigacja wyznaczała nam 15 km, a w sumie mieliśmy niecałą godzinę na dojechanie do wiaduktu, więc wydawało się do zrobienia. Jednak muszę przyznać, że uchwycenie tego momentu było nie lada wyzwaniem – zdążyliśmy w ostatniej chwili. Po pierwsze mieliśmy wyścig z czasem, a po drugie to miejsce jest dość popularne wśród turystów i dojeżdżając do miejscowości Glanfinnan parking za rzeką był już całkowicie obłożony – to stąd rozpoczynał się szlak pieszy pod sam wiadukt. Wróciliśmy do małego parkingu w okolicy centrum turystycznego The National Trust For Scotland Glenfinnan Monument & Visitor Centre, tam dopiero po kilkunastu minutach udało nam się znaleźć wolne miejsce postojowe. Jednak w Szkocji trzeba pamiętać, że przy większości atrakcji turystycznych miejsc parkingowych jest niewiele, bo szkocka infrastruktura turystyczna nie nadąża za rozwojem szybko rosnącej liczby turystów w ostatnich latach. Wiadukt kolejowy był oddalony od tego małego parkingu o jakiś kilometr, niestety nie mieliśmy na taki spacer czasu, nie udało nam się zrobić zdjęć w lepszym wydaniu. Ale będąc na tym parkingu, z tyłu knajpy można wspiąć na wzgórze, gdzie znajduje się punkt widokowy albo pójść wzdłuż rzeki, aby zrobić zdjęcia wiaduktu z bliska. Nam się udało w ostatniej chwili uchwycić przejeżdżający pociąg właśnie z tej pobliskiej łąki.

W Glanfinnan zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, zjedliśmy późne śniadanie i poszliśmy na krótki spacer na drugą stronę ulicy gdzie znajdowało się piękne jezioro Shiel i na jednym z jego brzegów wznosi się wysoki pomnik w 1815 roku ku czci Szkotów walczących w powstaniu w 1745 roku.

ZAMEK URQUHART 

Z Glenfinnan wróciliśmy tą samą trasą do głównej drogi A82 prowadzącej na północ, wzdłuż jeziora Loch Ness. Po drodze Antkowi opowiadaliśmy znaną legendę, według której na dnie jeziora mieszka potwór Nessi. Co prawda nikt jeszcze go nie widział, ale ludzie wyobrażają sobie go, że jest podobny do smoka. Około godziny 14 dotarliśmy do ruin Zamku Urquhart, które są jednym z głównych celów turystycznych wszystkich odwiedzających Szkocję.

Był też na trasie naszej wycieczki, ale po obejrzeniu ich na pytanie czy warto jest tam się zatrzymywać i kupować bilety wstępu?Odpowiem: nie warto (to moje subiektywne zdanie). Zamek, a raczej ruiny jak ich wiele w Szkocji, wyniesione do rangi niebywałej atrakcji turystycznej, głównie za sprawą potwora z Loch Ness. Widok na długie, szerokie jezioro owszem, może i ładny, ale sam zamek to ruiny. Podczas naszej podróży mijaliśmy tyle zamków, że te ruiny niczym specjalnym nas nie zachwyciły. Zamków w Szkocji pod dostatkiem. Niektóre dawno opuszczone, niektóre w ruinie, ale sporo nadal zamieszkanych, które od lat są w ciągłym „w użyciu”. Dla tych lubiących takie historie, polecam zamki w Inveraray, Kilchurn, Dunrobin czy zamek Eilean Donan, te z pewnością zachwycą każdego!

Wracając do Zamku Urquhart, to wdrapaliśmy się na najwyższą wieże i stamtąd rozciągał się dobry widok na jezioro. Wypatrywaliśmy przez chwilę czy gdzieś nie wyłania się smoczyca Nessie. Nam też niestety nie udało nam się jej zobaczyć. Było dość wietrznie, więc szybko zebraliśmy się stamtąd i ruszyliśmy w kierunku Inverness.

INVERNESS

Miasto przywitało nas deszczem – na szczęście przelotnym, więc nie narzekaliśmy, w końcu trafiliśmy na prawdziwą szkocką pogodę. W Inverness zaplanowany mieliśmy dłuższy postój oraz późny obiad. Trafiliśmy do dobrej restauracji – Number 27 Bar&Kitchen (polecam!!!) w której spróbowaliśmy szkockich specjałów. Zjedliśmy tam doskonałą, pożywną zupą rybną – cullen skink (z wędzonym łupaczem, ziemniakami i cebulą).

Spróbowaliśmy haggis – potrawy, która jest czymś w rodzaju polskiej kaszanki, ale serwowanej z ziemniakami i dynią w sosie z whisky. Tak jak za kaszanką i whisky nie przepadam, haggis smakowało mi bardzo. Dla Antka oczywiście były też tradycyjne fish&chips, tylko wybraliśmy opcję z frytkami z batatów.

Po tak obfitym posiłku i kilku godzinach w spędzonych w aucie zdecydowaliśmy się, mimo kiepskiej pogody jeszcze pospacerować po mieście. Znaleźliśmy cudowną starą księgarnię, antykwariat, w którym mogłabym siedzieć godzinami. Cudowne miejsce. Usiedliśmy z Antkiem na podłodze i przebieraliśmy w książkach z działu dziecięcego.

Kupiliśmy nawet jedną, która najbardziej nas zainteresowała. Była to książka o pewnej staruszce, która została królową drogi, chociaż jej umiejętności jazdy autem pozostawiały wiele do życzenia. Taką oto, pamiątkę przywieźliśmy ze sobą z Inverness.

Wieczorem wsiedliśmy znowu do auta i ruszyliśmy w kierunku Glanelg na zaplanowany nocleg w górach. Chcieliśmy dotrzeć tam przed zachodem słońca.  Tak jak pisałam Wam wcześniej, w Szkocji w lipcu dni są bardzo długie (nawet do godziny 23 jest jeszcze jasno).

Do naszego wynajętego domku w górach dotarliśmy po godzinie 20. Antek całkiem dobrze zniósł podróż samochodem. Możliwe, że dzięki temu, że na trasie mieliśmy dość dużo przystanków i wiele się działo. Nie był tak bardzo zmęczony samą jazdą i siedzeniem w foteliku, o co najbardziej się martwiłam. W dolinie Glanelg wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po okolicy. Ale to taki prawdziwy “koniec świata”. Po drodze nie spotkaliśmy żadnej żywej duszy, oczywiście nie licząc pasących się na wzgórzach owiec.

Następnego dnia pojechaliśmy, a w zasadzie popłynęliśmy promem na wyspę Skye.

O tym co warto zobaczyć na wyspie… napiszę w kolejnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *