Szkocja z dzieckiem. Magiczne miasta, soczysta zieleń i widoki jak z bajki.

W końcu zebrałam się, aby napisać wpis, a nawet serię kilku artykułów, o naszej lipcowej podróży do Szkocji. Trwało to trochę, bo w pamięci miałam ponad 3 tysiące zdjęć do przejrzenia, a wybranie tylko kilkunastu i napisania do nich odpowiedniego komentarza w postaci podsumowania z podróży z dzieckiem nie było łatwym zadaniem.

Szkocja mnie zachwyciła pod każdym względem. Jest przepiękna. Najbardziej urzekła mnie soczysta zieleń i widoki, które zapierają dech w piersiach. Ale miasta takie jak Edynburg, Glasgow czy Inverness też mają swój klimat – bo jest w nich coś magicznego. Muszę przyznać, że miejsca, które udało nam się zobaczyć podczas 8 dniowego pobytu to jedne z piękniejszych miejsc, w których byłam. Dzisiaj wiem, że chcę tam wrócić po więcej!!!

Jak tylko Antek podrośnie obowiązkowo musimy jeszcze raz wybrać się na północ Szkocji. Tylko wtedy chcemy pochodzić po górach. Bo wracając ze Szkocji, czułam lekki niedosyt. Wiedziałam, że istnieją tam takie miejsca, za którymi tęsknie mimo tego, że jeszcze w nich nie byłam. Rozumiecie to?Macie tak, że jak zobaczycie piękne miejsce na zdjęciu czy w filmie to nie daje ono Wam spokoju dopóki do niego nie dotrzecie?!Ja tak mam 😉

Mimo iż, zobaczyliśmy całkiem spory kawałek Szkocji, to ja wciąż czuję niedosyt. Bo wiem, że jest tam jeszcze dużo pięknych, nieskażonych i niezmienionych przez człowieka miejsc, w których nie byliśmy. Marzy mi się, żeby następnym razem zjechać całą północ, nocować tam gdzie będziemy mieli na to ochotę. Wstawać rano i iść prosto w góry. Popołudniami jeść ryby i owoce morza zawinięte w papier na ławce z widokiem na jezioro w jednej z maleńkich wiosek rybackich, a wieczorami zasypiać z widokiem na takie okoliczności natury. 

Gdy początkowo planowałam naszą szkocką trasę, myślałam, że w ciagu pełnych 3 dni można zjechać całą północ. Patrząc na mapę odległości może nie wydawały się duże, ale czasowo nie wyglądało to już dobrze. A dodatkowo podróżując z niespełna trzylatkiem w aucie, przez 3 dni z rzędu pokonując setki kilometrów to taka podróż byłaby zapewne dla niego, jak i dla nas bardzo męcząca. Poza tym podróżując autem po Szkocji trzeba wziąć pod uwagę, że nie łatwo jeździ się po górach, gdzie drogi są wąskie, gdzie momentami dwa auta ciężko mają się ze sobą minąć, szczególnie na północy znaki “passing place” spotykasz co chwile. Jadąc autem uważać trzeba na wszechobecne owce, a dodatkowo kierownica jest po prawej stronie i trudno się przyzwyczaić.

Początkowo mieliśmy plan, aby dojechać do przylądka Duncansby i latarni Dunnet Head, aby znaleźć się w najbardziej wysuniętej na północ części szkockiego lądu. Zobaczyć wioskę John o’Groats i zwiedzić szkocką rezydencję królowej Elżbiety, czyli Castle of Mey w Thurso. Dotrzeć na zachodni kraniec dzikiej północy i w pobliżu miejscowości Durness wejść do środka jaskini Smoo Cave.

Ale rzeczywistość zweryfikowała nasze plany…

Bo tak jak na prawdziwy koniec świata przystało, szukając w sezonie noclegu na północy Szkocji nie mogliśmy nic znaleźć dostępnego w rozsądnej cenie. W ogóle od tego trzeba zacząć, że na dalekiej północy to nie ma wielu propozycji noclegowych, a w sezonie na kilka tygodni przed to już w ogóle „zapomnij”. Bo im dalej na północ, tym robi się bardziej bezludno. Serio, na dalekiej północy Szkocji częściej spotykasz pasące się owce, niż ludzi czy samochody.Zaczynają się prawdziwe pustkowia, zielone wzgórza gdzie przemierzając kolejne kilometry nie spotkasz żywej duszy. Oczywiście gdzieniegdzie są maleńkie wioski, a w zasadzie to kilka białych domków oddalonych od siebie, usytuowanych w promieniu kilku kilometrów od głównej drogi.

Podróżując po Szkocji zastanawiałam się jak tam na codzień żyją ludzie, bo nie mają sąsiadów, a od większego miasta czasami dzieli ich kilkadziesiąt kilometrów. Ale oni raczej nie narzekają, bo mają przestrzeń, zieloną przestrzeń i jeszcze raz przestrzeń, czego nam mieszczuchom tak bardzo brakuje. Dlatego uważam, że planując wypad na daleką północ dużo wcześniej należy szukać noclegów. A jeśli chciałby się poczuć prawdziwy klimat północy to najlepiej rozważyć podróż camperem. W Szkocji campera, czy namiot można rozstawić dosłownie wszędzie, jest dozwolone tzw. “spanie na dziko”. Dla nas, szczególnie ze względu na naszego najmłodszego podróżnika, ważne było aby znaleźć “tylko” albo “aż”, cztery ściany z łazienką i ciepłą wodą. I to jeszcze w miejscowości, do której bez problemu dojechalibyśmy o rozsądnej porze. Mieliśmy dość ambitny plan zwiedzania w ciągu dnia, dlatego nie chcieliśmy przeginać już z jazdą po nocy. Między innymi właśnie dlatego szybko zweryfikowaliśmy nasze plany i eksplorowanie odległej północy odłożyliśmy na następny raz.

Co zobaczyliśmy w Szkocji?

Glasgow zwiedziliśmy wzdłuż i wszerz. Tam mieszkaliśmy, bo Adam – tata Antka przez miesiąc pracował na tamtejszym uniwersytecie. A my postanowiliśmy w lipcu odwiedzić go z dziadkami i połączyć to z naszymi wakacjami.

Jeden dzień poświęciliśmy na zwiedzanie stolicy Szkocji – Edynburg. 

Kolejnego dnia urządziliśmy sobie jednodniową wycieczkę w okolice największego jeziora w Szkocji – Loch Lomond i parku Narodowego The Trossachs z pięknym wodospadem Falls of Faloch.

Zajrzeliśmy do zamku Stirling – najpotężniejszej szkockiej twierdzy, położonej na wysokiej skale. Zamek w Stirling uważany jest za bramę do Highlands i trzeba przyznać, że jest ogromny i robi niesamowite wrażenie.

Znaleźliśmy też tajemnicze wejście do wnętrza Devil’s Pulpit – naturalnej formacji skalnej z rzeką, która wyżłobiła tak jakby małą dolinę pomiędzy skałami. To miejsce jest znane z tego, że woda jak i skały mają zabarwienie czerwonego koloru, ze względu na dużą zawartość żelaza. Zdecydowanie to miejsce, urzekło mnie najbardziej, chociaż trudno znaleźć do niego wejście (słabo oznakowane), ale nam się udało trafić do tego wąwozu jakimś przypadkiem.

Dodam, że piękno tego dzikiego miejsca nie oddają wcale te zdjęcia. A szkocki Devil’s Pulpit docenili też filmowcy, kręcąc właśnie tutaj jedną z kluczowych scen Outlandera – serialu na Netflixie.

Dwa dni spędziliśmy w aucie zwiedzając północ Szkocji. Tak jak pisałam wcześniej zrezygnowaliśmy z pierwotnego planu objazdu dalekiej północy, bo również zależało nam zobaczeniu polecanej przez wszystkich Isle of Skye – uważanej za najpiękniejszą szkocką wyspę.

Finalnie jeden dzień spędziliśmy na wyspie i jeden dzień w pogoni za pociągiem Harrego Pottera i w poszukiwaniu potwora z Loch Ness, dojeżdżając późnym popołudniem do Inverness, stolicy szkockich Highlands.

Ostatniego dnia przed odlotem do Polski, postanowiliśmy zrobić sobie jeszcze jedną wycieczkę w okolicach Edynburga. Pojechaliśmy Falkirk i malutkiej miejscowość Bo’ness znanej z Muzeum Szkockiej Kolei.

A jak dokładnie wyglądały poszczególne dni naszej podróży i co warto zobaczyć w Szkocji z dzieckiem, o tym napiszę w kolejnym wpisie.

 

 

Dodaj komentarz